Wersja Beta

Cerca

Vatican News
Spotkanie Papieża Franciszka z młodymi i starszymi w Augustinianum Spotkanie Papieża Franciszka z młodymi i starszymi w Augustinianum 

Wiarę przekazuje się w zrozumiałym dialekcie

Późnym popołudniem 23 października 2018 roku w Instytucie Patrystycznym Augustinianum Papież Franciszek wziął udział w rozmowie z młodzieżą oraz z osobami starszymi. Spotkanie było połączone z promocją książki: „Dzielić się mądrością czasu”, która powstała z inspiracji Ojca Świętego i związanego z nią światowego projektu, mającego na celu „przymierze międzypokoleniowe”. Podczas spotkania młodsi i starsi zadawali pytania Papieżowi Franciszkowi.

Krzysztof Ołdakowski SJ - Watykan

Wyciągnięta ręka i otwarta dłoń

Pierwsze pytanie zadała Federica Ancona, która pozostawiła swoją pracę, aby podjąć posługę w wolontariacie, w jednym ze schronisk we Frosinone. Jej pytanie dotyczyło samych podstaw egzystencji, czyli jak być szczęśliwym żyjąc w kulturze rywalizacji i wykluczenia?

Odpowiedź Papieża można streścić w geście wyciągniętej i otwartej dłoni. „Sztuczność plastiku”: to kultura makijażu, liczą się w niej pozory, znaczenie ma jedynie osobisty sukces, do którego dochodzi się często za wszelką cenę, również depcząc innych. Ważne jest pytanie: jak być szczęśliwym w świecie, w którym rządzą prawa konkurencji oraz liczy się gra pozorów? Można powiedzieć mocniej: rynek hipokryzji. Mówię o tym nie w sensie moralnym, ale bardziej psychologiczno-ludzkim. Przyciąga się uwagę pozornymi wartościami, które wskazują jedynie na wewnątrzne zagubienie. Coś widać na zewnątrz, ale w środku jest pustka. Taki stan powinien budzić niepokój. Chciałem odpowiedzieć na ten problem wskazując na gest. To gest wyciągniętej i otwartej dłoni. Dłoń rywalizacji jest zamknięta i zagarniająca: przede wszystkim bierze, gromadzi, wiele razy płacąc wysoką cenę, kosztem upokarzania innych, na przykład za cenę pogardy wobec drugiego. Do tego prowadzi konkurencja i rywalizacja. Gestem antykonkurencyjnym jest otwarcie się. Otwarcie się w drodze. Rywalizacja generalnie jest zamknięta. Dokonuje swoich kalkulacji, bardzo często nieświadomie, ale jest zamknięta. Nie wchodzi do gry. Prowadzi rozrachunki, ale nie angażuje się. Natomiast dojrzewanie osobowości dokonuje się zawsze w drodze, przy pełnym zaangażowaniu. Aby użyć wspólnego wielu kulturom wyrażenia: brudząc sobie ręce. Dlaczego? Ponieważ ma rękę wyciągniętą, aby pozdrawiać, obejmować oraz przyjmować. Tutaj przychodzi mi na myśl, to, co mówili święci, i także sam Jezus: „Więcej radości jest w dawaniu, aniżeli w braniu”.

Odpowiedzią na kulturę, która niszczy najlepsze uczucia jest służba: służba. I zobaczysz, że ludźmi bardziej dojrzałymi, młodymi dojrzalszymi – dojrzalszymi w sensie bardziej rozwiniętymi, pewniejszymi samych siebie, uśmiechniętymi, z poczuciem humoru są ci młodzi, którzy idą naprzód, są w drodze, służą innym. Jest jeszcze inne słowo: ryzyko. Jeśli w życiu nie ryzykujesz, nigdy nie staniesz się dojrzała, nigdy nie wypowiesz proroctwa, a będziesz jedynie napełniać się iluzjami, aby bezpiecznie sobie żyć. Istnieje kultura wykluczenia, ale dla tych, którzy nie czują się wykluczeni jest kultura zabezpieczeń. Mieć wszelkie możliwe zabezpieczenia, aby być w porządku. Przychodzi mi na myśl ta przypowieść Jezusa: człowiek bogaty, któremu wspaniale obrodziło pole, żniwa przyniosły obfite zbiory powiedział sobie: pobuduję większe magazyny i w ten sposób się zabezpieczę. Zabezpieczenie na całe życie. Jezus powiada, że ta historia kończy się w ten sposób: Głupcze: tej nocy umrzesz” (por. Łk 12, 16-21). Kultura rywalizacji i konkurencji nie patrzy na zakończenie. Patrzy na ograniczony cel, który zrodził się w sercu: przybyć, stanąć ponad innymi, pod każdym względem zdominować, depcząc ludzi po głowach. Natomiast kultura współistnienia, braterstwa jest kulturą służby, kulturą, która otwiera się i brudzi sobie ręce. To jeśli chodzi o gest. Czy pragniesz ocalenia od tej kultury, która sprawi, że poczujesz się przegrana, od tej kultury konkurencji, kultury odrzucenia, aby żyć prawdziwie jako osoba szczęśliwa? Otwórz dłoń. Oby zawsze była ona wyciągnięta w stronę innych, uśmiech, w drodze, nigdy siedząca, zawsze w ruchu, z pobrudzonymi rękami. Wtedy będziesz szczęśliwa.

Wiara przekazywana w dialekcie

Kolejne pytanie zadali małżonkowie z 43-letnim stażem z Malty, Tony i Gracia Naudi. Ich pytanie dotyczyło przekazywania wiary dzieciom oraz wnukom.

W odpowiedzi Papież wskazał na „dialekt rodzinny”. Podkreślił, że w najtrudniejszych latach ubiegłego stulecia, w czasach ludobójczych dyktatur, to często dziadkowie uczyli swoich wnuków modlitwy oraz w ukryciu zanosili ich do chrztu. Pewnego razu powiedziałem jedną rzecz. Przyszło to do mnie spontanicznie. Dotyczy przekazywania wiary. Wiarę przekazuje się „w dialekcie”. Zawsze. Chodzi o dialekt rodzinny, o dialekt. Pomyślcie o tej matce, która miała siedmiu synów. Czytamy o niej w Księdze Machabejskiej. Wiele razy opowiadanie biblijne mówi nam, że mama dodawała im odwagi „w dialekcie”, w języku macierzyńskim, ponieważ wiara była przekazywana w ten sposób. Wiarę przekazuje się w domu. Zawsze. To właśnie dziadkowie, w najtrudniejszych momentach historii byli tymi, którzy przekazywali wiarę. Pomyślmy o prześladowanich religijnych ubiegłego stulecia, o ludobójczych dyktaturach, które wszyscy poznaliśmy. To właśnie w ukryciu nauczali oni swoich wnuków modlitwy, wiary, także po kryjomu zanosili ich do chrztu. Dlaczego nie rodzice? Ponieważ oni byli często uwikłani w ideologię partyjną, obydwu zresztą partii, zarówno komunistycznej, jak i nazistowskiej, których funkcjonariusze wiedząc, że ci ochrzcili swoje dzieci, pozbawiliby ich pracy lub staliby się ofiarami prześladowań. Pewna nauczycielka, pracująca w jednym z tych krajów opowiadała mi, że w poniedziałek wielkanocny ktoś zadał dzieciom pytanie: co jedliście wczoraj w domu? Prosta i bezpośrednia informacja od dzieci, że jadły jajka posłużyła do tego, aby ukarać rodziców. To dlatego rodzice nie mogli przekazywać wiary: czynili to dziadkowie. I mieli oni w tych momentach prześladowań wielką odpowiedzialność. Podjęli ją i realizowali, również w ukryciu metodami najbardziej podstawowymi. Jeszcze raz powracam do tej idei: wiara przekazywana jest w dialekcie: dialekcie domowym, rodzinnym, w dialekcie przyjaźni, bliskości, ale zawsze w dialekcie. Nie da się wiary przekazać poprzez Katechizm, mówiąc wprost: „przeczytaj Katechizm, a zdobędziesz wiarę. Nie. Ponieważ wiara to nie tylko treści, ale to sposób życia, wartościowania, radowania się, także smucenia się oraz płakania…Czy tutaj nie poczuwamy się do winy? Być może zawiedliśmy w przekazywaniu wiary? Nie. Chyba nie można tak powiedzieć. W życiu tak bywa. Na początku przekazujemy wiarę, ale później się żyje, a świat kusi różnymi propozycjami, które fascynują młodych w ich dojrzewaniu. I wielu oddala się od wiary, ponieważ dokonują swoich wyborów, nie zawsze złych, ale często nie do końca uświadomionych, pomiędzy różnymi wartościami. Czują się przyciągani przez nowocześniejsze sposoby myślenia i odchodzą. Chciałbym zatrzymać się przy tym opisie przekazu wiary, który wydaje mi się ważny. Pierwszą rzeczą jest: nie wpadać w przerażenie, nie tracić pokoju. Pokój jest ważny. Należy cały czas rozmawiać z Panem, także mówiąc Mu o tym. „Nie przekazaliśmy wiary i co będzie teraz…”. Spokojnie. Nigdy nie próbujcie przekonywać na siłe, ponieważ wiara, podobnie jak Kościół nie wzrasta przez prozelityzm, wzrasta przez przyciąganie – to jest zdanie papieża Benedykta XVI – to znaczy przez świadectwo. Słuchajcie ich, dobrze przyjmujcie wnuki oraz dzieci, towarzysząc im w milczeniu.

Przypomina mi się historia opowiadająca o działaczu związkowym, pewnym menedżerze, którego znałem. Mając mniej więcej dwadzieścia lat wpadł w uzależnienie od alkoholu. Mieszkał samotnie z matką, dlatego, że urodziła go wcześnie będąc jeszcze dziewczyną. Po pewnym czasie zaczął się upijać. Każdego ranka widział matkę, jak wychodziła z domu do pracy. Zajmowała się praniem obrusów, ubrań w sposób w jaki robiono to w przeszłości, używając drewnianej tarki. Pracowała całe dnie, a syn nic…Jak widział matkę, to udawał, że śpi. Nie wykonywał żadnej pracy w czasach, kiedy było jej pod dostatkiem. Patrzył tylko jak mama zatrzymywała się przy nim, spoglądała z czułością i szła dalej pracować. To właśnie nim wstrząsnęło. To milczenie, ta czułość mamy zburzyła wszelkie jego opory i pewnego dnia powiedział sobie: „Nie może tak dalej być”. Znalazł zajęcie, dojrzał, założył dobrą rodzinę, zrobił karierę…Milczenie, czułość…Milczenie, które towarzyszy, nie milczenie oskarżające, nie, ale to, które towarzyszy. To jedna z zalet dziadków. Widzieliśmy już tyle rzeczy w życiu i wiemy, że bardzo często tylko milczenie jest właściwe, jedynie to milczenie pełne ciepła może pomóc.

Następnie, jeśli ktoś pyta, jakie są powody tego odejścia od wiary, zawsze pozostaje jedna podstawowa przyczyna otwierająca drzwi różnym ideologiom: negatywne świadectwa. Nie zawsze w rodzinie, w większości są to negatywne świadectwa ludzi Kościoła: neurotycznych księży, lub ludzi określających się jako katolików, ale prowadzących podwójne życie, pozbawione spójności. Czy wreszcie sytuacje odnajdywania we wspólnotach chrześcijańskich rzeczy, które nie pokrywają się z wyznawanymi wartościami. Są to negatywne świadectwa, które oddalają od życia wiarą. Następnie osoby, które spotykają się z takimi negatywnymi przykładami, same oskarżają. Mówią: „straciłem wiarę, dlatego, że widziałem to i to…”. I mają rację.

Potrzebujemy tylko innego świadectwa: świadectwa dobroci, łagodności, cierpliwości, świadectwa, które złożył Jezus podczas swojej męki. Kiedy On cierpiał był zdolny do poruszania serc. Rodzicom i dziadkom, którzy niosą to doświadczenie, doradzam, aby mieli dużo miłości, łagodności, współczucia. Potrzeba wiarygodnego świadectwa oraz cierpliwości. I modlitwy, modlitwy. Pomyślcie o św. Monice: zwyciężyła poprzez łzy. Była wspaniała. Ale nigdy nie dyskutować, nigdy, ponieważ dyskusja wpędza w pułapkę. Dzieci chcą sprowokować rodziców do dyskusji. Nie. Lepiej powiedzieć: „nie potrafię na to odpowiedzieć, poszukaj gdzie indziej, ale szukaj, szukaj…Nie wchodzić w bezpośrednią dyskusję, ponieważ to oddala. Zawsze należy dawać świadectwo w „dialekcie”, to znaczy z czułością, której język rozumieją młodzi ludzie.

Nie bać się marzeń

Trzecie pytanie zadała Ojcu Świętemu trzydziestoletnia amerykanka Rosemary Lane, która czuwała nad wydanem wersji amerykańskiej książki: „Mądrość czasu”. Zapytała Papieża, jak zachować ufność w sens życia, aby budować przyszłość na miarę marzeń?

Franciszek skoncetrował się na marzeniach. Trzeba wychodzić z różnych ograniczeń, które zamykają nas w przeciętności i w codziennych zwyczajach. Co odpowiedzieć młodym, którzy chcieliby zachować ufność w życiu, którzy chcieliby zbudować przyszłość na miarę swoich wielkich marzeń? Pierwszym zdaniem, które podejmę jest to: „na miarę swoich wielkich marzeń”. Marzenia to najważnejsze słowo: Odpowiedź jest następująca: zacznij marzyć. Marz o wielkich rzeczach. Przychodzi mi na myśl ta piękna piosenka: „Nel blu dipinto di blu, felice di stare lassù”. Trzeba marzyć śmiało i bez opamiętania. Marzyć. Marzyć – chodzi o to słowo. I bronić marzeń, jakby broniło się dzieci. To jest trudne do zrozumienia, ale łatwe do odczucia: kiedy masz marzenie, to pewnie jedyna rzecz, której nie potrafisz wyrazić, ale jej strzeżesz i bronisz, żeby codzienne nawyki jej nie odebrały. Otworzyć się na perspektywy, które są przeciwne różnym ograniczeniom. One nie znają horyzontów, ale marzenia jak najbardziej! Marzyć, oraz podejmować marzenia starszych. Nieść na plecach starszych oraz ich marzenia. Ważne jest podjęcie marzeń osób starszych. To jest prawdziwym sekretem relacji międzypokoleniowych. Nie tylko o to chodzi, żeby ich wysłuchać, zarejestrować, co mówią, a potem odejść bawiąc się po swojemu, ale aby ponieść ich marzenia ze sobą. Marzenia, które otrzymujemy od starszych są pewnym ciężarem, wezwaniem, odpowiedzialnością, ale należy je podjąć.

Jest pewna ikona, która pochodzi z klasztoru w Bose. Nazywa się „Komunia święta”. Przedstawia młodego mnicha, który niesie przed sobą starszego, niesie przed sobą marzenia starszego. To nie jest łatwe i wymaga dużego wysiłku. Na tym pięknym obrazie widzimy młodego człowieka, który jest w stanie wziąć na siebie marzenia starszego, aby ponieść je dalej tak, aby wydały one owoc. To może być inspirujące. Nie możesz wziąć na plecy wszystkich starszych, ale ich marzenia jak najbardziej, i te możesz ponieść przed siebie, zrób to, a to bardzo dobrze ci zrobi. Nie tylko słuchaj ich, nie tylko pisz do nich, nie: zabierz ich i poprowadź dalej. To zmienia serce, to sprawia wzrost, pomaga dojrzewać. A dojrzewanie jest właściwe starszym. Poprzez swoje marzenia opowiedzą o tym, co robili w życiu, opowiedzą o błędach, upadkach i osiągnięciach. Weź to wszystko, te marzenia starszych i ponieś je do przodu. Warto podjąć te życiowe doświadczenia i pójść naprzód. To jest dobry punkt wyjścia. Weźcie ze sobą marzenia starszych i je ponieście. Dzięki temu staniecie się dojrzalsi.

Nie zasiewać nienawiści

Czwarte pytanie zadała Fiorella Bacherini, 83-letnia mieszkanka Florencji. Jest matką trzech synów. Jej pytanie dotyczyło obecności podziałów i przemocy w świecie. Jest głeboko wstrząśnięta niechęcią i okrucieństwem wobec uchodźców. Nie zamierza dyskutować na temat polityki, ale na temat człowieczeństwa. Jak łatwo wzrasta nienawiść pomiędzy ludźmi.

Ojciec Święty odpowiadając jej wskazał, że doświadczenie wojen z ubiegłego stulecia jest pewnym”negatywnym skarbem”, który może pomóc w budzeniu świadomości. Przestrzegał również przed zasiewaniem nienawiści. Młodzi nie mają doświadczenia dwóch poprzednich wojen. Jakie skutki niosą ze sobą wojny? Miliony zabitych, wielkie zniszczenia. Myślę, że ważne jest, aby młodzi byli świadomi skutków wojen ubiegłego stulecia: to „negatywny skarb” do przekazania. Powinien on kształtować sumienia. Ten skarb pozwolił także rozwinać się sztuce włoskiej: kino po wojnie stało się wielką szkołą humanizmu. To jest bardzo ważne, aby nie popełnić podobnych błędów. Trzeba, aby młodzi wiedzieli jak rozwija się populizm. Pomyślmy na przykład o latach 1932-1933 za czasów Hitlera, tego młodzieńca, który obiecał wielki rozwój Niemiec po upadku nieudanych rządów. Czy wiemy jak rozwijają się populizmy? On wypowiedział bardzo brzydkie słowo, ale również prawdziwe: „zasiać nienawiść”. Nie można żyć siejąc nienawiść. Zasiewanie nienawiści jest łatwe, nie tylko na scenie międzynarodowej, ale również w dzielnicy. Ktoś idzie, strzela do kogoś w pobliżu, zasiewa nienawiść, a tam, gdzie się to robi pojawiają się podziały, złośliwości w życiu codziennym. Zasiewa się nienawiść poprzez komentarze, poprzez plotki…Wielkie wojny rodzą się czasami z niewinnych pogawędek. Zasiewa się nienawiść poprzez gadaninę w rodzinach, w dzielnicy. To jest zabijanie: zabijanie dobrego imienia drugiego, zabijanie pokoju i zgody w rodzinie, w dzielnicy, w miejscu pracy, wzniecając zazdrości oraz ducha rywalizacji.

Co ja robię, kiedy dostrzegam, że Morze Śródziemne staje się wielkim cmentarzem? Powiem prawdę: cierpię, modlę się i mówię. Nie możemy zaakceptować tego cierpienia. Nie mówię: „ale ludzie cierpią wszędzie, idźmy naprzód…”. Nie, to nie jest w porządku. Papież powrócił do stwierdzenia o trwającej właśnie „trzeciej wojnie światowej” w kawałkach. Kawałek tu, kawałek tam, ale przyjrzyjcie się miejscom konfliktów. Brak człowieczeństwa, agresja, nienawiść między kulturami, plemionami, ale również zniekształcanie religii, aby można było bardziej nienawidzieć - to jest droga samobójstwa dla ludzkości. Myślę, że nie przesadzam z tym. Przychodzi mi na myśl, i to trzeba powiedzieć młodym, proroctwo Alberta Einsteina, który przewidywał, że „czwarta wojna światowa będzie prowadzona na kamienie i kije”, ponieważ trzecia zniszczy wszystko. Szerzenie i podsycanie nienawiści, zachęcanie do przemocy, tworzenie podziałów jest drogą zniszczenia, samobójstwa oraz innych form destrukcji. Można to także usprawiedliwiać wolnością, można to przykrywać innymi racjami. Ten młodzieniec z ubiegłego wieku, z lat trzydziestych, przykrywał to czystością rasy, a teraz przykrywa się to napływem emigrantów. Zamykanie się jest początkiem samobójstwa. Prawdą jest, że należy przyjąć migrantów, trzeba im towarzyszyć, ale przede wszystkim powinno się ich integrować. Jeśli przyjmujemy ich „byle jak”, nie spełniamy należycie swojego zadania. Trzeba zadbać o ich integrację. Rządy powinny mieć otwarte serce na przyjęcie emigrantów, odpowiednie struktury, aby utorować drogę do integracji w społeczeństwie, ale także ducha roztropności, aby powiedzieć w pewnym momencie: do tego punktu owszem możemy, ale dalej już nie. Najważniejsze, to nie zasiewać nienawiści. I dzisiaj, prosiłbym wszystkich, aby spojrzeli na nowe cmentarze europejskie: nazywają się: Morze Śródziemne, Morze Egejskie. To było pytanie nie o politykę, ale o człowieczeństwo.

Korzenie i przynależność

Piąte pytanie zadała 20-letnia kolumbijka Yenifer Morales. Zapytała Papieża: dlaczego powinniśmy słuchać historii z przeszłości? Wiele z historii opwiedzianych w tej książce (chodzi o „Mądrość czasu”) dotyczy osób, które żyją w ubóstwie. Nie liczą się w oczach świata i społeczeństwa. Często nikt nie chce słuchać ich historii. Czy Ojciec Święty po wysłuchaniu tych opowieści czuje się poruszony, odmieniony. Czy lubi słuchać historii życia?

Odpowiadając Franciszek wskazał na relację, jaka łaczyła go z obydwiema babciami oraz z innymi starszymi osobami w dzielnicy. Dzięki tym doświadczeniom zrozumiał sens historii, uczestnictwa w dziedzictwie oraz znaczenie korzeni. Żalem napawa go fakt, że wielu młodych żyje w społeczeństwie rozmytym, oderwanym od korzeni, które dają poczucie przynależności.
To piękne doświadczenie spotykać się ze starszymi. Nie obawiałem się ich. Poprzez te doświadczenia zrozumiałem zdolność do posiadania marzeń, którą mają starsi, ponieważ zawsze od nich płynie jakaś rada: „Pójdź tam, uczyń to… opowiem ci o tym, nie zapominaj o tym…”. To rada niezobowiązująca, ale otwarta, powiedziana z czułością.. I te rady przekzywały mi sens historii i przynależności. Nasza tożsamość nie pokrywa się z dowodem osobistym, który posiadamy: nasza tożsamość ma swoje korzenie, i słuchąc starszych odnajdujemy nasze korzenie, jak drzewo, które ma swoje korzenie, aby rosnąć, kwitnąć, przynosić owoc. Jeśli odetniesz korzenie od drzewa, ono nie będzie się rozwijało, nie wyda owoców, zapewne umrze. Wziąć sok z korzeni, historie, to daje nam poczucie przynależności do ludu. I ta przynależność jest tym, co stanowi o naszej tożsamości. Jeśli mi mówisz: dlaczego dzisiaj tak wielu młodych jest „rozmytych”? W tej płynności kulturalnej, która jest akurat w modzie nie wiesz, czy są akurat „rozmyci”, czy „bezwonni”… To nie jest akurat ich wina. To raczej wina tego odcięcia się od korzeni historii. Nie chodzi o to, aby być takimi, jak starsi, ale, aby czerpać żywotne soki, aby wzrastać oraz iść naprzód razem z historią. Tożsamość, przynależność do ludu są ważne.

Bliskość czyni cuda

Na zakończenie słynny reżyser amerykański Martin Scorsese nawiązał do swojego doświadczenia ocierania się w młodości o zło na ulicach Nowego Jorku. Pytał: jak w takiej sytuacji może przetrwać wiara młodego człowieka? Jak odpowiedzieć na brutalność w życiu?

Papież podkreślił znaczenie daru łez, który otwiera serca. Wobec przemocy, wobec brutalności, w obliczu niszczenia ludzkiej godności płacz jest najbardziej ludzki i chrześcijański. Następnie ważne, aby dzielić doświadczenie z empatią. Ludzka empatia, zdolność do wczuwania się. Papież wskazał także na na znaczenie bliskości. Bliskość czyni cuda. Odrzucenie przemocy, łagodność, czułość: te ludzkie wartości, które wydają się być nawielkie, ale są zdolne do przezwyciężenia najtrudniejszych i najokrutniejszych konfliktów. Bliskość, którą zapewne okazywał Pan jako dziecko zbliżając się do ludzi dotkniętych różnymi cierpieniami. I pewnie właśnie przez to nabierał Pan mądrości, którą dzisiaj dostrzegamy w pańskich filmach. Bliskość w stosunku do tych, którzy cierpią: ważne, żeby się nie bać, bliskość wobec problemów i bliskość pomiędzy młodymi i starszymi. Są to małe rzeczy: łagodność, czułość, bliskość, w ten sposób przekazuje się jednak doświadczenie i na tej drodze się dojrzewa. Młodzi, my sami oraz ludzkość.
 

03 listopada 2018, 16:17